Ruszamy - na poczatek pare zdjec z dojazdu do osrodka. Wokol wyspy Viti Levu biegnie glowna, asfaltowa droga, o stanie nawierzchni przypominajacym drogi w Polsce. Styl jazdy kierowcow tez jakby troche bardziej swojski, nieuporzadkowany, choc nie przekraczaja tak predkosci jak w Pl.
Pierwsze widoki na krajobraz po wyjezdzie z Nadi.

Blaszaki.

Stoiska z warzywami i owocami z przydomowych ogrodkow - dodatkowy zarobek do skromnych budzetow rodzinnych. Kobiety raczej nie pracuja zarobkowo, dogladaja domu, dzieci itp, jedynie w ten sposob sa w stanie przyniesc troche grosza.

"Kontener" na smieci w jednej z wiosek.

Hinduskie wesele.

Fiji Bitter, najpopularniejsze lokalne piwko, browar nalezy do Australijczykow.

Bardzo charakterystyczny widok - zdezelowane ciezarkowki, obladowane ponad miare, ktorych wystajacy ze wszystkich stron ladunek jest powiazany jakimis sznurkami, linami i pewnie modlitwami kierowcow :)

Do hotelu dojezdzamy po dwoch godzinach, bez jakis wiekszych przygod. Ale na miejscu niemila niespodzianka - zamiast lepszej, tradycyjnej chatki, zwanej tu "bure" dostajemy jakis gorszy sort, polozony dalej od plazy i przypominajacy domki na kempingach w Polsce. Rano wyjasniamy o co chodzi no i jak zwykle jak nie wiadomo co chodzi to chodzi o pieniadze. No w kazdym razie dostajemy to co chcielismy, a nawet wiecej niz oczekiwalismy, bo trafila nam sie najlepsza "bura", zrobiona z bali, kryta strzecha, polozona nad sama plaza, (rezerwowalismy przez wotif.com, po przyjezdzie zlozylismy reklamacje i oddali nam 400 baksow!).
Ponizej widok na tradycyjnych bure.

Ocean nad Koralowym Wybrzezem.

Na werandzie domku, Maja na hamaku.

Lovo, tradycyjny sposob pieczenia miesa - owiniete w folie uklada sie w wykopanym dolku, obsypuje weglem drzewnym i przykrywa liscmi. Pod lisciana "kolderka" miesko piecze sie przez kilka godzin. Dym dociera do naszych nozdrzy i grubo przed obiadem zaczynamy sie coraz bardziej slinic... :D

Fidzyjczyk wraca z polowu.

Babelek skacze z radosci.

Idziemy do sasiedniej wioski Namaqumaqua (200 mieszkancow), gdzie szefem jest niejaki Waisake Waiwaidilo, ktory najwyrazniej nie lubi zeby turysci paletali sie po wiosce bez okrycia glowy i w plazowych strojach (zgodnie z opisem przy wejsciu). Maja poslusznie zalozyla swoj nielubiany kapelusz... hmmm, to chyba dlatego ze jej opowiedzielismy ze jeszcze do niedawna Fidzijczycy byli kanibalami i moze sie przestraszyla ze bez kapelusza beda chcieli ja zjesc... :)

Widok na wioske. Jak na tutejsze standardy, prezentuje sie bardzo dobrze - wiekszosc domow jest murowana, jest prad i woda, jakas hala do spotkan i pare sklepikow. Duza czesc mieszkancow ma prace w osrodku, ktory zreszta lezy na dzialce nalezacej do wioski.

Pusto... nie dziw - o tej porze dnia tylko dzieciaki z owsikami w d... i turysci wychodza na dwor :)

Suszarka.

Kuchnia przydomowa.

Naprawa lodzi.

Przedszkole.

Przesympatyczna pani sklepikarka podlicza na kalkulatorze nasze zakupy (sok, woda i czipsy).

Plaza, nad ktora polozona jest wioska. Nie dziw ze wokol przedszkola i szkoly musieli postawic drut kolczasty, bo inaczej zadna sila by nie zatrzymala dzieciakow w klasie :)

Akurat byly szkolne wakacje, wiec cala banda wywlekla nad plaze, gdzie pewnie spedzaja czas od switu do nocy.

Cmentarz, nagrobki malo finezyjne, wylane z betonu, bez zadnych imion i nazwisk.

Dwa kroki za cmentarzykiem, lokalsi trzymaja swinie (oby jak najdalej od wioski, nie dziwie sie, bo smrodek byl niezly).

Ostatni dzien pobytu - wylot mamy po poludniu, wiec decydujemy sie pozwiedzac Nadi. To nasza najwieksza pomylka na tym wyjedzie - nie warto tu zostawac dluzej niz pol godziny, z czego dwadziescia minut mozna poswiecic na zwiedzenie swiatyni hinduskiej (nawet dosyc ciekawej) a dziesiec minut zeby przejsc sie glowna ulica.
Swiatynia.

Typowa zabudowa, koszmarki betonowe z poprzyczepianymi rozlatujacymi sie klimatyzatorami.

Autobusy, typu miedzymiastowego. Zamiast klimy - otwarte okna. Jak pada zasuwa sie przezroczyste zaslonki. Ale za to podroz jest tania...

Panny przed supermarketem.

Fidzyjczyk w tradycyjnej "sukience".

"Keep Nadi clean and beautiful"... taaaa




5 komentarze:
Wojtek! Zaprawde powiadam Ci - przetlumacz tekst na angielski i wyslij razem ze zdjeciami do National Geographic...
dawno ich nie czytalem, az tak obnizyli loty??? :)
dzieki biszop!
Jak dla mnie relacja super. Jak szukaliscie tam chatki, przez jakies biuro podrozy w Au, czy samodzielnie?
Szukalismy troche w biurach, ale jednak glownie z domu, na roznych stronach www. Nocleg rezerwowalismy na kilka tygodni przed wylotem na www.wotif.com
Super wakacje! Dopiero teraz przeczytałam i pooglądałam, bo jestem świeżo po urlopie. Niestety nie na Fidżi. Świetne foty - jak zawsze. Uściski dla rodzinki. M./yennefer
Prześlij komentarz