niedziela, październik 12, 2008

Bula!

Trzy i pol godziny lotu z Brisbane i ladujemy w miejscowosci Nadi, na najwiekszej z ponad trzystu wysp wchodzacych w sklad Fidzi. Po wyjsciu z samolotu uderza nas gorace i wilgotne powietrze. Widac ze jestesmy w trzecim swiecie, budynek w ktorym dokonuje sie odprawy jest nieklimatyzowany, spoceni urzednicy siedza pod gigantycznymi wiatrakami i z wymuszonym usmiechem przegladaja paszporty, ale niezbyt uwaznie, raczej dla picu :) Wychodzimy przed lotnisko zlapac busik do naszego osrodka, samochody to w 99% stare japonczyki. Zaskakuje nas duza ilosc Hindusow na ulicy, niby czytalismy troche o historii kraju ale mimo wszystko... Chodzi o to ze w czasach kolonialnych, Anglicy sprowadzili do kraju Hindusow z Indii do pracy na plantacjach trzcin cukrowych, i widocznie im sie tu spodobalo, bo obecnie jest ich wiecej niz "pierwotnych" Fidzianczykow. Napiecia rasowe doprowadzily do kilkukrotnych rozruchow i przewrotow wojskowych w niedawnych latach, jednak my, jako turysci czulismy sie b. bezpiecznie. Rodowici Fidzijczycy, jak i ci "importowani" Hindusi sa PRZEMILI, zawsze usmiechnieci, z daleka juz pozdrawiaja swoim "BULA!" :) Potwierdzali ze sa zadowoleni z zycia, pomimo niskich zarobkow, duzego bezrobocia, braku opieki spolecznej itp itd... Bedac tam mozna to zrozumiec - wspaniala przyroda, pogoda, ocean, rafa, swierze, proste jedzenie - coz wiecej trzeba?

Ruszamy - na poczatek pare zdjec z dojazdu do osrodka. Wokol wyspy Viti Levu biegnie glowna, asfaltowa droga, o stanie nawierzchni przypominajacym drogi w Polsce. Styl jazdy kierowcow tez jakby troche bardziej swojski, nieuporzadkowany, choc nie przekraczaja tak predkosci jak w Pl.

Pierwsze widoki na krajobraz po wyjezdzie z Nadi.


Blaszaki.


Stoiska z warzywami i owocami z przydomowych ogrodkow - dodatkowy zarobek do skromnych budzetow rodzinnych. Kobiety raczej nie pracuja zarobkowo, dogladaja domu, dzieci itp, jedynie w ten sposob sa w stanie przyniesc troche grosza.


"Kontener" na smieci w jednej z wiosek.


Hinduskie wesele.


Fiji Bitter, najpopularniejsze lokalne piwko, browar nalezy do Australijczykow.


Bardzo charakterystyczny widok - zdezelowane ciezarkowki, obladowane ponad miare, ktorych wystajacy ze wszystkich stron ladunek jest powiazany jakimis sznurkami, linami i pewnie modlitwami kierowcow :)


Do hotelu dojezdzamy po dwoch godzinach, bez jakis wiekszych przygod. Ale na miejscu niemila niespodzianka - zamiast lepszej, tradycyjnej chatki, zwanej tu "bure" dostajemy jakis gorszy sort, polozony dalej od plazy i przypominajacy domki na kempingach w Polsce. Rano wyjasniamy o co chodzi no i jak zwykle jak nie wiadomo co chodzi to chodzi o pieniadze. No w kazdym razie dostajemy to co chcielismy, a nawet wiecej niz oczekiwalismy, bo trafila nam sie najlepsza "bura", zrobiona z bali, kryta strzecha, polozona nad sama plaza, (rezerwowalismy przez wotif.com, po przyjezdzie zlozylismy reklamacje i oddali nam 400 baksow!).
Ponizej widok na tradycyjnych bure.


Ocean nad Koralowym Wybrzezem.


Na werandzie domku, Maja na hamaku.


Lovo, tradycyjny sposob pieczenia miesa - owiniete w folie uklada sie w wykopanym dolku, obsypuje weglem drzewnym i przykrywa liscmi. Pod lisciana "kolderka" miesko piecze sie przez kilka godzin. Dym dociera do naszych nozdrzy i grubo przed obiadem zaczynamy sie coraz bardziej slinic... :D


Fidzyjczyk wraca z polowu.


Babelek skacze z radosci.


Idziemy do sasiedniej wioski Namaqumaqua (200 mieszkancow), gdzie szefem jest niejaki Waisake Waiwaidilo, ktory najwyrazniej nie lubi zeby turysci paletali sie po wiosce bez okrycia glowy i w plazowych strojach (zgodnie z opisem przy wejsciu). Maja poslusznie zalozyla swoj nielubiany kapelusz... hmmm, to chyba dlatego ze jej opowiedzielismy ze jeszcze do niedawna Fidzijczycy byli kanibalami i moze sie przestraszyla ze bez kapelusza beda chcieli ja zjesc... :)


Widok na wioske. Jak na tutejsze standardy, prezentuje sie bardzo dobrze - wiekszosc domow jest murowana, jest prad i woda, jakas hala do spotkan i pare sklepikow. Duza czesc mieszkancow ma prace w osrodku, ktory zreszta lezy na dzialce nalezacej do wioski.


Pusto... nie dziw - o tej porze dnia tylko dzieciaki z owsikami w d... i turysci wychodza na dwor :)


Suszarka.


Kuchnia przydomowa.


Naprawa lodzi.


Przedszkole.


Przesympatyczna pani sklepikarka podlicza na kalkulatorze nasze zakupy (sok, woda i czipsy).


Plaza, nad ktora polozona jest wioska. Nie dziw ze wokol przedszkola i szkoly musieli postawic drut kolczasty, bo inaczej zadna sila by nie zatrzymala dzieciakow w klasie :)


Akurat byly szkolne wakacje, wiec cala banda wywlekla nad plaze, gdzie pewnie spedzaja czas od switu do nocy.


Cmentarz, nagrobki malo finezyjne, wylane z betonu, bez zadnych imion i nazwisk.


Dwa kroki za cmentarzykiem, lokalsi trzymaja swinie (oby jak najdalej od wioski, nie dziwie sie, bo smrodek byl niezly).


Ostatni dzien pobytu - wylot mamy po poludniu, wiec decydujemy sie pozwiedzac Nadi. To nasza najwieksza pomylka na tym wyjedzie - nie warto tu zostawac dluzej niz pol godziny, z czego dwadziescia minut mozna poswiecic na zwiedzenie swiatyni hinduskiej (nawet dosyc ciekawej) a dziesiec minut zeby przejsc sie glowna ulica.

Swiatynia.


Typowa zabudowa, koszmarki betonowe z poprzyczepianymi rozlatujacymi sie klimatyzatorami.


Autobusy, typu miedzymiastowego. Zamiast klimy - otwarte okna. Jak pada zasuwa sie przezroczyste zaslonki. Ale za to podroz jest tania...


Panny przed supermarketem.


Fidzyjczyk w tradycyjnej "sukience".


"Keep Nadi clean and beautiful"... taaaa









5 komentarze:

Biszop pisze...

Wojtek! Zaprawde powiadam Ci - przetlumacz tekst na angielski i wyslij razem ze zdjeciami do National Geographic...

woj. pisze...

dawno ich nie czytalem, az tak obnizyli loty??? :)
dzieki biszop!

Przemek pisze...

Jak dla mnie relacja super. Jak szukaliscie tam chatki, przez jakies biuro podrozy w Au, czy samodzielnie?

woj pisze...

Szukalismy troche w biurach, ale jednak glownie z domu, na roznych stronach www. Nocleg rezerwowalismy na kilka tygodni przed wylotem na www.wotif.com

Anonimowy pisze...

Super wakacje! Dopiero teraz przeczytałam i pooglądałam, bo jestem świeżo po urlopie. Niestety nie na Fidżi. Świetne foty - jak zawsze. Uściski dla rodzinki. M./yennefer

Archiwum